Kolejna zmyłka ciemnych sił, czyli polemika z uzdrowicielem Łazariewem

Autorka: Maria Sobolewska
Płonący BykCzyli polemika z tekstem rosyjskiego uzdrowiciela Łazariewa.

Link do omawianego tekstu: http://mmyy.prv.pl/pl/001

Nieprzyjazne ludzkości siły przed wiekami ustanowiły na naszej planecie babiloński system wyzysku i dominacji jednych nad drugimi, przejawiający się w zależności typu Pan - Niewolnik i wywodzące się z tego takie zjawiska jak feudalizm, arystokracja, kapłaństwo, pieniądz, władza, wyzysk, niewolnictwo, rasizm, patriarchat itp. W tym systemie dominacja i poddaństwo są tematem wiodącym. Jedni mają tu status niemal boski, pozostałych traktuje się jak pariasów, a nawet śmiecie. Wizerunek Boga kreowanego przez religie jest równie fałszywy, jak kult ludzkiej jednostki.

Obecnie na naszej planecie zachodzą wielkie zmiany. Przed przejściem do IV Gęstości musimy pozbyć się wszystkich naleciałości systemu babilońskiego. Wojownicy Światła wywalczyli już bardzo poważne zmiany na lepsze, chociaż nie wszędzie ludzie mogą się nimi cieszyć. Są kraje, w których wciąż ciemne siły rządzą niepodzielnie i szerzy się w nich zbrodnia, wyzysk i bezprawie. Takie warunki wciąż panują w większości państw Afryki, Ameryki Południowej i w wielu innych miejscach na Ziemi. W Polsce bywa z tym różnie, ale i tak nie jest najgorzej.

Zadaniem przebudzonych jest wprowadzać sprawiedliwość oraz pokój wszędzie, gdzie tylko można. Nie wolno nam godzić się na poniżanie kogokolwiek i z jakiegokolwiek powodu, a szczególnie z powodu płci, koloru skóry czy orientacji seksualnej.

Do czego zmierzam?

Mam poważne zastrzeżenia do kilku tez głoszonych przez pana Łazariewa, a z tego wynikają moje wątpliwości co do jego doskonałości i mistrzostwa duchowego. Przede wszystkim irytujące jest ocenianie wszystkiego wyłącznie z punktu widzenia tzw. „chrześcijaństwa”. Piszę to w cudzysłowie, ponieważ w rzeczywistości nie jest to prawdziwe (ezoteryczne) chrześcijaństwo, lecz religia o korzeniach judeo-chrześcijańskich, czyli system wierzeń, stworzonych przez patriarchalnych urzędników kościelnych

Wiele jego obserwacji i wniosków jest słusznych, jednak niektóre wyjaśnienia wołają o pomstę do nieba. Na przykład ten fragment:

„Dlatego też człowiek, nie widząc Boga (człowiek Boga nie widział i nie zobaczy), powinien kochać Go bardziej niż wszystko to, co widzi. Ponieważ wszystko, co on widzi jest wtórne! Dlatego w epoce Mojżesza, kiedy ludzie modlili się do złotego cielca, on wpadał w ten tłum i zabijał ich”.

Włosy na głowie stają - jakiego „boga” ma na myśli pan Łazariew? Co to za bóstwo, które z jednej strony domaga się miłości, a z drugiej posuwa się do wpadania w tłum oraz mordowania ludzi?

Zgadzam się oczywiście z tym, że choroby, wypadki i inne ważne zdarzenia nie spadają na ludzi z nieba ani przez przypadek, lecz mają swoje źródło w naszej psychice lub karmicznych zadłużeniach. Wszystko to prawda. Jest wiele książek, które wyjaśniają przyczyny naszych dolegliwości oraz wszystkich rzeczy, które się nam wydarzają z punktu widzenia naszych przekonań i nastawienia do życia. Czym innym jednak jest pisanie o konsekwencjach niewłaściwego stosunku do rzeczywistości, a czym innym sugerowanie, że choroby czy życiowe klęski są karą za występek. Dziś takie słownictwo coraz bardziej razi z powodu swojego anachronizmu. Doszukiwanie się kary bożej w złych zdarzeniach jest swego rodzaju duchowym skansenem.

Zgadzam się też z Łazariewem, że zaglądanie w poprzednie wcielenia nie jest potrzebne ani do diagnozowania ani do leczenia. Po samych objawach choroby można poznać, kto jak „grzeszy” - rzecz jasna w przenośni, a nie dosłownie, bo grzechu nie ma, jest tylko naruszenie Praw Uniwersalnych i wynikające z tego konsekwencje (nie kara!).

Zasada jest taka, że do celu zawsze należy iść najprostszą drogą i unikać wszelkich ekstremalnych odchyleń, zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Owocem prawdy jest spokój wewnętrzny i zadowolenie. Do tego nie dochodzi się wyłącznie dzięki cierpieniu, umartwieniu ani upokorzeniom, jak chciałyby nam wmówić ciemne siły, lecz dzięki umiarkowaniu we wszystkim, co się robi. Ekstremalne lekcje niezbędne są tylko w przypadku osób wyjątkowo zatwardziałych i niechętnych reformowaniu siebie samych. Ale o ich „resocjalizację” zadba samo życie, my nie musimy przykładać do tego swojej ręki. Spotykające nas przykre zdarzenia i upokorzenia nie są gorzkim lekarstwem leczącym nas z pychy i nikt nie wymaga od nas zażywania tego medykamentu z radością i w dużych ilościach, celem umartwiania się, jak przez wieki uczono nas na lekcjach religii. Te przykre incydenty mają zwrócić naszą uwagę na to, że pobłądziliśmy i że los daje nam znak, iż czas dokonać korekty w naszym postępowaniu. Uparte trzymanie się nieprawidłowej ścieżki zaowocować może coraz większymi przykrościami, ze śmiercią włącznie, ale jeśli zrozumiemy swój błąd i dokonamy korekty nasz los ulegnie radykalnej poprawie.

Cierpienie to nie kara za grzechy, lecz znak na drodze i ostrzeżenie, że pobłądziliśmy oraz informacja, że trzeba zmienić swoje życie. Ból budzi z iluzji, w której trwamy. Taka i tylko taka jest rola cierpienia. Ono nie prowadzi do jakiegoś rzekomego zbawienia w rzekomym niebie, lecz do zrozumienia. A więc zmusza do powrotu na ścieżkę prowadzącą ku Harmonii Uniwersalnej.

Ale po kolei. Oto pierwszy kontrowersyjny fragment:

„w chrześcijaństwie odkryto następujące prawo: zmieniając swój stosunek do przeszłości, można zmienić i siebie, i swój los, i swoją przyszłość. Właśnie w chrześcijaństwie zjawiło się pokajanie - skrucha. Poprzez skruchę, pokajanie - człowiek może zmienić przeszłość oraz zmienić przyszłość”.

Teoretycznie prawda, ale z tym pokajaniem i skruchą to już przesada. Jest to typowo chrześcijańskie zamiłowanie do pogrążania się w poczuciu winy i grzeszności. Samobiczowanie ani przybijanie się do krzyża nie jest wcale konieczne, chociaż na pewno byłoby miłe ciemnym siłom, które czerpią energię z naszych złych emocji i bólu. W rzeczywistości wystarczy sobie uświadomić swoje błędy, zrozumieć, co czyniło się źle, jakie te czyny przyniosły opłakane rezultaty, a następnie wybaczyć sobie i innym, zadośćuczynić (o ile jest to możliwe) oraz postanowić więcej nie popełniać podobnych błędów. I konsekwentnie trzymać się zasad prawego postępowania.

„Bóg może absolutnie wszystko. Jednak człowiek ‘rozrabia’ i Boga nie słucha. Wynikałoby z tego, że człowiek ma prawo wyrażać swą własną wolę i nie podporządkować się Bogu. Bóg ‘nie dopilnował’ i człowiek ‘coś tam zjadł’.

Wychodzi na to, że człowiek może okłamać Boga. Oto jest zasada triumfu świadomości. Świadomości, która stawia siebie ponad Boga. Jest to normalne i oczywiste - to jest zasada i prawo świadomości. Dlatego są takie właśnie przypowieści, w których Bóg bardzo dziwnie wygląda. Bóg jak gdyby może wszystko, ale gdy tylko zderza się z człowiekiem - bardzo wiele Mu ‘nie wychodzi’. Człowieka nie jest w stanie uczynić ‘normalnym’. Nie może przewidzieć jego postępowania. Dlatego go karze”.

„Bóg” nie może wszystkiego, bo nie może łamać reguł, które sam ustanowił. Ziemia została ustanowiona strefą wolnej woli. Taki odbywa się tu dziwny eksperyment. Jak to było w raju z tym zjedzeniem czegoś, to zupełnie inna sprawa. Ten mit można zrozumieć na wiele różnych sposobów, jak każdą naukę ezoteryczną. Można dosłownie, że Ewa zjadła jabłko, ale to trochę śmieszne i naiwne. Może tu się dopatrzyć wielu różnych warstw znaczeniowych. I ten „bóg” w raju to też nie musi wcale być Bóg. Tak czy inaczej, z całą pewnością Bóg człowieka nie karze, bo karanie jest małostkowe i niegodne istoty doskonałej, jaką Bóg jest. Twierdzenie, że Bóg nie może przewidzieć postępowania człowieka, którego sam stworzył, w dodatku na swój obraz i podobieństwo i że za to go karze jest zupełnie niepoważne. Takie wyjaśnienia można dawać dzieciom w przedszkolu, ale nie ludziom poszukującym prawdy.

Człowiek, jako istota posiadająca wolną wolę może robić co chce, może również łamać prawo. Ale zamiast kar mamy prawo karmy. Karma to nie to samo, co kara. To tylko „prawo przyczyny i skutku”. Prawo to nie działa ani tak prosto, ani od razu, jak ziemskie sądy, które przestępcę zamykają w więzieniu. Zadaniem prawa karmy jest nauczenie człowieka mądrości i zrozumienia praw duchowych, a nie ukaranie go. To taka gra. Jeśli grasz uczciwie twoje życie jest dobre, jeśli oszukujesz, narażasz się na cierpienie, chorobę, a nawet śmierć. Nie za karę, lecz dla nauki. Bo śmierci tak naprawdę nie ma, jest tylko przejście na drugą stronę, a potem powtórka z życia. I tak aż do skutku.

  Najbardziej nie podoba mi się wizja Boga, jako patriarchalnego i mściwego (prawdziwie starotestamentowego) bóstwa, karzącego za takie „grzechy” jak nadmierna miłość - zarówno do dziecka, jak i osoby przeciwnej płci czy zamiłowanie do seksu. Bóg nikogo nie karze. Twierdzenie, że Bóg żąda lub oczekuje 80, czy tylko 20% miłości jest po prostu kuriozalne.

Bóg (prawdziwy Bóg, a nie pomniejsze i mściwe bóstwo typu Jehowy) nie potrzebuje od nas miłości, szacunku, adoracji ani w ogóle niczego, bo ma wszystko. My mamy tylko przestrzegać uniwersalnych praw duchowych, czyli nie „przeginać” w żadną stronę, bo każde odchylenie od umiarkowania kończy się chorobą, a nawet śmiercią. Jednak choroba to nie kara boża, choroba koryguje tylko nasze błędy. Tak jak obżarstwo kończy się bólem brzucha, tak nadmiar egoistycznej czy zaborczej miłości może być dla dziecka nadmiernym obciążeniem, którego ono nie potrafi udźwignąć.

Może dla niektórych niezrozumiałe jest robienie różnicy między karą bożą a konsekwencjami naruszenia zasad, ale jest to naprawdę wielka różnica. Rozumiem, że Łazariew zwraca się do prostych ludzi, którzy takich rzeczy nie rozumieją, ale gdy wydaje swoje przemyślenia w postaci wykładu lub mówi o tym w telewizji, powinien jednak jakoś rozdzielić jedno od drugiego, gdyż inaczej gada jak przysłowiowy poganin.

To jednak nic w porównaniu z kolejną sprawą. Proszę nie podejrzewać mnie, że jestem wściekłą brodatą feministką, ale kiedy czytam takie teksty to naprawdę czuję, jak rośnie mi ta przysłowiowa feministyczna broda i staję się brzydką, odrażającą babą z mieczem.

Pierwsza rzecz, która mnie szczególnie nieprzyjemnie uderza w tym tekście, to niezwykle silne przywiązanie Łazariewa do judeochrześcijańskiego sposobu postrzegania duchowości. Jest to wizja patriarchalna, kult dla Dekalogu, wiara w mściwe i pożądliwe bóstwo oraz wywyższanie mężczyzny ponad kobietę. Mężczyzna jest tu niemal boski, a kobieta to ziemskie, materialne i dumne zwierzę, które trzeba bić, poniżać i upokarzać:

„najbardziej tępy, prymitywny ‘chłop’ jest bliższy Boskości, ma większy z Nią kontakt, niż jakakolwiek, najbardziej uduchowiona kobieta. (...) kiedy mężczyzna osądza kobietę - dochodzi do naruszenia zasad i będzie on z tego powodu chorować. Jednak, gdy kobieta osądza mężczyznę, zwróci się to także przeciwko niej, lecz może się skończyć trzy razy tragiczniej. Dlaczego? Ponieważ (jest przykazanie): ‘Będzie się bala żona męża swego’. Oto tak. Otóż wartość życia kobiety jest 3-krotnie większa niż mężczyzny. Kobieta powinna rodzić. Powinna, więc, co najmniej trzy razy bardziej, dbać o swoje ciało. To oznacza, że kobieta jest trzy razy bardziej ‘zaziemiona’. Jej duma jest, więc 3-kroć silniejsza niż duma mężczyzny. A dumę, pychę - leczy się przy pomocy poniżenia. Dowolna kobieta, aby pozostawać w równowadze, musi być (mniej więcej) trzy razy bardziej poniżana, obrażana i znieważana niż mężczyzna. Jej gotowość do przyjęcia poniżenia powinna być trzy razy większa niż u jakiegokolwiek mężczyzny. Kobieta jest ‘grzeszna’ od początku, ponieważ jest ‘zaziemiona’ - bliższa ziemi, bliższa diabłu, mówiąc prostym językiem. Aby kobieta była na tym samym poziomie, co mężczyzna, musi mieć etykę 3-krotnie wyższą. Jej dążenie do Boskości winno być trzy razy silniejsze niż u mężczyzny. (...) Mężczyzna zawsze jest bliżej Boga. Ponieważ, rzec można, własne ciało nie jest dla niego ważne. Dlatego mężczyzna może sobie ‘porozrabiać’ i nie dążyć ‘w górę’. Ale kobieta powinna dążyć”.

Logika tego wywodu jest wielce pokrętna. Starałam się to dobrze zrozumieć, żeby nie wydawać pochopnych ocen, ale nie udało mi się odkryć tu żadnej boskiej prawdy. Mam oczywiście na myśli prawdziwego Boga, a nie mściwe bóstwo, władające Ziemią od 300 000 lat. Przy okazji zdałam (we własnej ocenie) test, czy jestem, czy nie jestem feministką. Otóż stwierdzam, że nie jestem, bo szlag mnie nie trafił ani nie wpadłam w furię. A spróbujcie rzucić ten tekst na forum feministyczne. Gwarantuję, że krew się poleje i to szerokim strumieniem.

Jeśli kobieta dostaje męża pijaka, nie umiejącego zarobić pieniędzy, nie troszczącego się o rodzinę, zaniedbującego ją i dzieci, to jest to dobre, bo ona musi zostać upokorzona. Jak widać mężczyźnie karmicznie nie szkodzi, że pije, że bije, że olewa rodzinę i jest nieodpowiedzialny. On i tak jest doskonały i na pewno za to pójdzie prosto do nieba. Podobnie ten facet „z doskonałym polem”:

„on jest doskonały, a przy tym czuje niezwykle silną nienawiść do kobiet. I to jest dobre, bo on jest zrównoważony i nie ma żadnych defektów: Tutaj jest wspaniałe pole, pomimo potężnej podświadomej agresji, skierowanej przeciwko kobietom. Sądząc ze wszystkiego - to mężczyzna. Agresja w stosunku do kobiet ogromna, ale pole doskonałe, a więc - człowiek bardzo rozwinięty duchowo, świetnie zrównoważony”.

Poza tym wygląda na to, że według Łazariewa dusza najwyraźniej posiada zdeterminowaną na zawsze płeć. U niego każda kobieta w poprzednich wcieleniach zawsze była kobietą, oczywiście (jak to wynika z natury kobiety) złą, podłą i niegodną, bo żądną pieniędzy i innych zakazanych rzeczy. Prostytutka to prostytutka, co gorsze robi to od kilku wcieleń. Proszę, jaka zatwardziała. Jak to kobieta...

Wszystkie złe i wymagające upokorzenia osoby, które leczył to kobiety. Nie podał ani jednego przykładu chorego i źle myślącego mężczyzny. No cóż, nic dziwnego, przecież nawet najgorszy chłop jest i tak bliżej boga, niż najlepsza kobieta... 

No i to mściwe, zazdrosne bóstwo... To mi pachnie zabobonną wiarą, z którą u nas walczy nawet Kościół, uważając ją za złą i szkodliwą. Nie raz słyszałam, jak zabobonne baby mówiły: „nie kochaj dziecka tak bardzo, bo bóg ci je zabierze” lub „nie ciesz się z sukcesu, bo wszystko stracisz”.

Matka nie może kochać dziecka, bo zazdrosny bóg je zabije! To nie są prawa boże, lecz zupełnie inne. Prawdziwy Bóg jest doskonały, nie zna uczucia zawiści, a Jego prawa działają na zupełnie innej zasadzie. No cóż, ale Bóg jest daleko i nie każdy zna te prawa, może więc nieświadomie wierzyć w zabobony i fałszywe prawa ustanowione przez pomniejsze bóstwa, takie jak Jehowa. To, w co wierzymy zawsze się nam zrealizuje. Tak to działa. Jest jeden Bóg Stwórca, doskonały Projektant i jest mnóstwo pomniejszych, a nawet fałszywych bogów i bogiń, które domagają się uwagi i szacunku, jak choćby ta bogini Nauli z początku relacji do Indii. Następna sprawa: autor sam sobie przeczy. Podaje przykład śmiertelnie chorego dziecka i tłumaczy, że to z powodu miłości. Bo zawistny bóg mści się za to, że para kocha bardziej siebie nawzajem, niż boga, więc za karę spłodzili uszkodzone dziecko:

„Przyszła do mnie pewna kobieta. U jej córki stwierdzono nieuleczalną chorobę mózgu. Kilkumiesięczna dziewczynka praktycznie umiera. Wniknąłem w przyczynę - sytuacja była prosta. Rodzice dziewczynki żyli poprzednio w innych związkach małżeńskich. Rozwiedli się jednak z dotychczasowymi partnerami, gdyż zakochali się w sobie. Pobrali się, urodziło im się dziecko i nagle taka katastrofa! Wyjaśniałem matce: ‘Gdy była Pani żoną człowieka, do którego nie czuła miłości, to Boskość kochała Pani w 80%, a ziemskie w 20%. Wówczas była Pani w równowadze. Gdy spotkała Pani ukochanego człowieka, to zapomniała, że Boga należy kochać bardziej niż partnera. Zaczęła Pani kochać ziemskie w 80%, a Boskie w 20% i zawróciła Pani wstecz’. Dziecko wzmacnia program. Czy takie dziecko może być zdrowe? Nie”.

Zaraz potem dowodzi czegoś wręcz przeciwnego:

„Najbardziej niebezpieczna aborcja - to usunięcie ciąży, w którą kobieta zaszła z ukochanym człowiekiem. Dlatego, że jeśli było uczucie, to rodzi się doskonałe dziecko. Kobieta, która nie daje możliwości przyjścia na świat doskonałym dzieciom, jest karana za to bardzo poważnie. W jakich przypadkach dziecko jest doskonałe? Kiedy istnieje uczucie miłości. Jeśli więc kobieta nie kieruje się uczuciem, a formą - to rujnuje, okalecza dusze przyszłych dzieci”.

Człowiek ma nie tyle kochać Boga, co raczej musi być stale świadomy praw duchowych. Można kogoś kochać gorącą i wielką ziemską miłością, a jednocześnie pamiętać o prawach duchowych. Ta pamięć nie ma nic wspólnego z miłością do Boga. To jest wyższa świadomość. Jeśli się jej nie posiada, to Bóg się za to nie mści ani nie wymierza kary. To my sami się karzemy. To są wyłącznie konsekwencje łamania praw, tak, jak płaci się, nierzadko życiem, za łamanie prawa drogowego. Każde przegięcie grozi katastrofą.

Dalsza kwestia - seks, pornografia i AIDS. Nie ma się czemu dziwić, że nastąpiła rewolucja seksualna. Jeśli seksualność była przez tysiące lat tłumiona i represjonowana, nic dziwnego, że w końcu wybuchła. Zanim potępi się skutki, należy poszukać przyczyn nieszczęścia. Skoro Bóg dał ludziom orgazm, to widać jego wolą było, żeby się nim cieszyli. Jednak purytanie powiedzieli ludzkości, że to jest złe i zakazane. Do niedawna panowała taka pruderia, że aż dziw, że nie zabijano ciężarnych kobiet za sianie zgorszenia - no bo przecież niewinne dzieci chciały wiedzieć, dlaczego ta pani ma taki wielki brzuch. Rodzice zwykle odpowiadali z rumieńcem wstydu na twarzy, że ta pani jest chora.
Tak, tak, ja jeszcze pamiętam takie czasy.

Pornografia, prostytucja, to wszystko jest reakcja natury na represjonowanie naturalnych instynktów i potrzeb. Pewnych rzeczy nie da się zdusić, bo jeśli się to zrobi ich wybuch może przerazić swoją siłą. Seks jest jednym z najsilniejszych ludzkich instynktów.

Tak naprawdę seks nie jest zakazany ani wstrętny Bogu. Represjonowanie seksualności nie daje pozytywnych rezultatów w sensie duchowym, lecz prowadzi do zbrodni, gwałtów i mordów. Tego prawa nie ustanowiono dla dobra ludzkości, lecz wręcz przeciwnie, na jej zgubę. No i ta rozbrajająca wiara w świętość świętych - daj dziecku imię świętego, a stanie się dobre. Polecam żywoty świętych, ale nie te kościelne, lecz pisane przez ateistów. Święci to prawdziwa menażeria, boki zrywać.

I dalej:

„Dlatego istnieje Wschód i Zachód. Np. kobieta na Zachodzie - wyemancypowana, osądza, pogardza, lekceważy - jest tam bezpłodna. Rodzi się potem na Wschodzie i ‘oduczają’ ją tam. ‘Oduczają’ wystarczająco długo. Odradza się i potem może już żyć na Zachodzie. Tak wygląda wahadłowy system, dzięki któremu żyjemy”...

Znowu te wredne kobiety, a co do diabła z facetami? Oni naprawdę są doskonali i nie trzeba ich wychowywać? A czy przypadkiem mężczyzna nie odrodzi się w kolejnym wcieleniu jako kobieta i nie odpokutuje krzywd, które wyrządził kobietom? A co, jeśli dany facet był osobnikiem niezdolnym do miłości, szacunku, troski ani współczucia, jeśli porzucił rodzinę, jeśli pił, bił, zdradzał, zaraził żonę i dzieci AIDS? Czyżby to wszystko było traktowane jako wielka zasługa na polu upokarzania złej, nieczystej i nienawistnej „bogu” żeńskości? A może męski szowinista, taki typowy sługa boga Jehowy, który gardzi kobietą jako taką też ma szansę urodzić się w żeńskim ciele na wschodzie, pożyć sobie w haremie lub jako żona taliba w Afganistanie? Czyż nie byłaby to świetna lekcja karmiczna, lecząca z męskiej pychy i poczucia niczym nie uzasadnionej wyższości? 

No i jeszcze jedno - to stałe zalecanie umartwiania się, sławienie pożytków z upokorzenia, cierpienia itp. Nie twierdzę, że każde cierpienie jest złem i że należy od niego uciekać.

Uważam, że zadaniem bólu jest uświadamianie nam, że idziemy złą ścieżką, a więc budzenie nas z hipnozy. Skoro boli, to znaczy, że życie duchowe toczy choroba. Nie myślę tu o bólu fizycznym, lecz duchowym. Ból jest sygnałem, że trzeba skorygować swój program i zmienić podejście do życia. Ból, taki permanentny, jest patologią. Bólem żywią się siły nieczyste. To one stale domagają się tej strawy. Tak więc zalecanie w ramach terapii więcej i jeszcze więcej bólu oraz upokorzenia jest sprawką sił wrogich ludzkości. To nie jest przekaz prawdziwej, czystej boskiej duchowości. To kolejna zmyłka ciemnych sił. Łapią nas one na haczyk efektownych prawd, które przewijają się w tym wykładzie, ale całość to trucizna.
Radzę trzymać się od tego z daleka.

No i ten „rosjocentrym”, wprost ręce opadają:

„Obecnie jedynym miejscem na Ziemi, w którym odbywa się tworzenie duchowych wartości jest Rosja, właśnie Rosja. Rola Rosji w ocaleniu świata jest olbrzymia. Ponieważ, jak się okazało, najbardziej niebezpieczna dla ludzkości nie jest wojna jądrowa, ani kryzys ekologiczny, lecz niedoskonałe myślenie”.

Rosja jest doskonała, jest bez skazy, wszyscy mają brać z niej przykład. Tymczasem Rosja jest chora i widać to gołym okiem. Rosja zawsze była pyszna, a teraz spłaca karmę nędzą narodu i upokorzeniami, których doznaje na polu polityki międzynarodowej.

I jeszcze jedno - czytając ten tekst można odnieść wrażenie, że dusza ma płeć. Że kobieta zawsze rodzi się jako kobieta, a mężczyzna jako mężczyzna, a to jest nieprawda. Dusza jest bezpłciowa i musi się nauczyć obu ról. Dlatego raz rodzimy się jako kobieta, a raz jako mężczyzna. Sytuacja, kiedy ktoś wciela się wielokrotnie w ciało tej samej płci należy do wyjątków. Za to zawsze grożą konsekwencje karmiczne, bo jest to jakieś przegięcie.

I jeszcze mała dygresja na temat idealnych, bliskich boskości rosyjskich mężczyzn i ich „zaziemionych” diabelskich kobiet... Moi znajomi przebywali ostatnio w Rosji, między innymi na Syberii. Opowiedzieli coś, co mnie przeraziło. Rosyjska, a szczególnie syberyjska kobieta, jeśli chce mieć rodzinę, nie może w ogóle liczyć na mężczyznę. Tam rodzina to matka i dzieci. O roli ojca raczej się tam nie rozmyśla. Każda kobieta wie, że aby mieć dzieci, należy się spieszyć. Trzeba szybko złapać bardzo młodego chłopaka, poślubić go i urodzić dzieci, ponieważ później, zanim on dobije trzydziestki, jest już alkoholikiem i wrakiem człowieka. Tam faceci umierają młodo, najczęściej w rynsztoku.

Jako astrolog nie mogę się oprzeć pokusie dodania tu astrologicznego komentarza, a jako Skorpion nie mogę się powstrzymać od złośliwości. W horoskopie zarówno duchowym mistycyzmem (realizacja pozytywna) jak i alkoholizmem (realizacja negatywna) rządzą te same sygnifikatory. I jedno i drugie jest domeną znaku Ryb, Neptuna oraz 12 domu. Widocznie rosyjski mistycyzm tradycyjnie musi być połączony z alkoholizmem. Tak więc wiemy już, dlaczego rosyjski mężczyzna jest aż tak blisko Boga, a kobieta jest tak daleko.

Na zakończenie krótkie podsumowanie innych tez autora.

Jeśli chodzi o akceptację wszystkiego, co się wydarza, to i ten temat widzę nieco inaczej. Owszem, musimy zaakceptować to, co się nam przydarza w tym sensie, że świat zewnętrzny jest lustrem, które pokazuje nam naszą wewnętrzną rzeczywistość, prawdę o tym, co dzieje się z nami na poziomie duszy i psychiki. Zdarzenia są naszym nauczycielem i przewodnikiem. Jeśli jakaś sytuacja stale się powtarza jest to dzwonek alarmowy, który ostrzega nas, że nie zmieniamy się i uparcie brniemy w ślepą uliczkę. Powinniśmy każde spotkanie i każdy „przypadek” postrzegać jako znaki na naszej drodze. Nie znaczy to jednak, że ta akceptacja ma nas więzić na wieczność w patologicznej i chorej sytuacji.

Jeśli stale spotykam facetów, którzy mnie biją i poniżają, to nie znaczy, że mam się z radością na to godzić i cieszyć się, że oni oduczają mnie dumy i przyspieszają mój rozwój. Wręcz przeciwnie. Te zdarzenia uświadamiają mi to, że mam w podświadomości zakodowany niewłaściwy wzorzec relacji damsko-męskich, a życie właśnie pokazuje mi to w tak bolesny i drastyczny sposób. Należy więc wyrazić swoją ogromną wdzięczność mądrości życia, podziękować za naukę i czym prędzej udać się na terapię. W jaki sposób akceptuję to doświadczenie? W taki, że nie obrażam się na Boga, nie oskarżam Go, że jest niedobry zsyłając mi brutala, lecz cieszę się, że życie dało mi nauczkę, dzięki której mogłam rozpoznać problem oraz skutecznie go rozwiązać. W tym przypadku leczenie nie następuje w jakiś magiczny sposób, kiedy wystarczy zmienić myślenie, a choroba sama zniknie (takie „magiczne” działania są często skuteczne w przypadku raka). Tu leczeniem jest psychoterapia, a ta może być trudna i długotrwała. Więc nie chodzi tu o żaden cud, magiczne rozwiązanie problemu przy pomocy czarodziejskiej różdżki, lecz o świadome, konsekwentne, długotrwałe a nawet bolesne działanie.

Kolejny sporny fragment:

„R: Jakie są najczęstsze pogwałcenia praw duchowych, których ludzie nawet nie dostrzegają? Ł: Po pierwsze - przejawy dumy. Cała filozofia zachodniego stylu życia, to filozofia dumy. Stąd nie akceptowanie zaistniałych sytuacji. A to niesie kobietom bezpłodność. Dlaczego w historii ludzkości mamy przykłady poniżania kobiety? Dlatego, że poniżenie (umniejszenie dumy, pychy) przynosi w rezultacie kontakt z Boskością. Poniżenie kobiety = zdrowe dzieci. Obecnie proces ten przesuwa się w przeciwną stronę. Poprzednio blokowanie płodności odbywało się przez anatomiczne nieprawidłowości, ale teraz medycy nauczyli się to omijać, dokonując sztucznych zapłodnień. A przecież, jeśli u kobiety dominuje pycha, duma, to u jej dziecka będzie ona pięciokrotnie silniejsza. To już dla Wszechświata - komórka nowotworowa, nie wolno do tego dopuszczać. Odbywa się, więc zablokowanie poprzez bezpłodność”.

Nie potrafię doszukać się żadnego uzasadnienia tez Łazariewa. Dlaczego to duma kobiety jest zgubna i dlaczego ma prowadzić do bezpłodności? Jakie prawo duchowe miałoby sprawiać, że dziecko będzie pięć razy dumniejsze niż jego matka? Gdzie tu jest logika? Ja nie potrafię jej dojrzeć. Wmawianie światu, że kobieta z natury jest pokorna, słodka i łagodna to karmienie ludzkości bajkami. Kobieta jest człowiekiem, tak samo jak mężczyzna. A każdy człowiek ma prawo do poczucia własnej godności. Tak jak akceptacja nie oznacza zgody na trwanie w patologicznym układzie, dokładnie tak samo leczenie dumy nie musi się odbywać przez pokorne znoszenie upokorzenia. Upokarzanie czy poniżanie człowieka wcale nie jest lekarstwem, lecz kolejną porcją trucizny duchowej, która truje na równi pacjenta, jak i lekarza. Cel uświęca środki?

Naprawdę, leczenie wcale nie musi być drastyczne. Nawet w przypadku nowotworu mamy wybór, czy leczyć się psychoterapią, homeopatią, czy lepiej zastosować chirurgię, chemioterapię oraz naświetlanie. Metoda zależy od pacjenta. Człowiek, który zrozumie dobrze przyczynę swojej choroby i zapragnie zmienić swoje podejście do życia wyleczy się sam, bez pomocy chemii, nawet tej subtelnej. Drastyczne metody potrzebne są tylko wtedy, kiedy dana osoba jest wyjątkowo zatwardziała w swoim uporze i nie chce zmieniać siebie, lecz wyłącznie wszystkich i wszystko wokół. Zamiast więc z góry zakładać, że każdy człowiek jest głupi i zły i dlatego trzeba go opluć i zdeptać ciężkim, faszystowskim buciorem, lepiej jest po prostu z nim łagodnie porozmawiać i spróbować dotrzeć do jego wewnętrznej mądrości. Gdy to nie pomoże życie samo zastosuje wobec niego brutalne metody. Im bardziej dana osoba jest zatwardziała, tym brutalniejsze wobec niej staje się życie. Ja nie muszę dokładać do tego swojej ręki, los załatwi to za mnie. Ale ja mam świadomość prawa karmy, a to powstrzymuje mnie przed czynieniem zła, nawet w intencji ostatecznego dobra: mogę być chamska i skuteczna jak ta niosąca skutki uboczne chemioterapia, mogę też być delikatna jak homeopatia. Nie obciążając siebie winą mogę być skuteczna w niesieniu pomocnych zmian na lepsze.

Uzdrawiając zawsze trzeba pamiętać o prawie karmy. Jeśli ja kogoś podepczę, opluję i sponiewieram, nawet w najlepszej wierze i z najlepszą intencją, podepczę przy okazji siebie samą. Pan Łazariew zdaje się czuć takim wielkim mistrzem, że wydaje mu się, iż jego prawa uniwersalne nie obowiązują. A to nieprawda. Za wszystko będzie musiał zapłacić. Za swoją pogardę i nienawiść do kobiet również zapłaci. Co do grosza. Szkoda mi trochę faceta, ale ja nie mogę mu pomóc.

 

© Maria Sobolewska
www.astro.eco.pl

Zdjęcia płonącego byka ilustrujące tekst jest zamieszczone dzięki uprzejmości Stuarta Yeatesa. Udostępnione na prawach CC.

ch CC.



Tekst pochodzi ze strony - www.uni-garden.com - Astrologia i Tarot w praktyce - Warszawa.